Nie dawno krążyła w sieci grafika porównująca wartości odżywcze steków i białej fasoli. Jak łatwo się domyślić z korzyścią dla tej drugiej. Ma dużo białka i minerałów takich jak wapń, magnez i cynk i jak twierdzi internet posiada właściwości zasadotwórcze, czyli cudotwórcze :)
Męża ulubionym daniem z fasolą jest fasola w sosie pomidorowym. Dziś podaję przepis na bogato - z pieczoną papryką i wędzonym tofu.
Składniki:
- 2 szklanki białej fasoli
- 2 czerwone papryki
- 2 puszki pomidorów (lub 3 szklanki pokrojonych świeżych, choć o tej porze roku nie są już najlepsze)
- koncentrat pomidorowy
- 1 mała cebula
- 2 ząbki czosnku
- 1 kostka wędzonego tofu
- olej
- sól i pieprz do smaku
- 2-3 łyżki mąki kukurydzianej (opcjonalnie do zagęszczenia sosu)
- opcjonalnie zioła np. oregano lub majeranek
Fasolę moczymy na noc i gotujemy do miękkości.
Paprykę wkładamy do piekarnika i pieczemy, aż skórka lekko się przypali. Wtedy wyciągamy paprykę i zawijamy w folię aluminiową. Gdy przestygnie ściągamy skórę i kroimy paprykę w kostkę.
W dużym garnku rozgrzewamy kilka łyżek oleju. Następnie wrzucamy na niego pokrojoną w kostkę cebulę, a gdy się zeszkli dodajemy posiekany czosnek i paprykę. Po kilku minutach dodajemy pomidory, a następnie dodajemy jeszcze 2 szklanki wody i mały koncentrat pomidorowy. Ilość wody i koncentratu zależy od tego ile chcecie mieć sosu. Ja lubię, gdy jest go dużo :), ale Wy możecie zmniejszyć ilość wody i koncentratu.
Nasz sos delikatnie solimy i pieprzymy i gotujemy ok. 15 minut. Po tym czasie delikatnie blendujemy, najlepiej jeśli zostaną nam jakieś kawałeczki papryki i pomidorów. Dorzucamy ugotowaną fasolę i starte na drobnej tarce tofu i ewentualnie zioła i gotujemy jeszcze kilka minut.
Wiem, że nie jest to danie ekspresowe, ale dodatkowo polecam dać mu jeszcze kilka godzin na przegryzienie się wszystkich smaków. Wrażenia warte czekania! :)
piątek, 28 listopada 2014
poniedziałek, 17 listopada 2014
Co wy tak właściwie jecie? #4
Dzisiaj szybko, zwięźle i na temat, czyli kilka smakowitych kąsków z ostatnich dni.
Przepis na powyższe danie dostałam od siostry i nie żebym nie wierzyła w jej talent kulinarny :) ale nie miałam do końca przekonania do tego połączenia. Po spróbowaniu będziecie, tak jak ja, żałować, że ominęliście tyle okazji do schrupania tej niebanalnej przekąski. Doskonale sprawdzi się jako drugie śniadanie w pracy lub szkole. Przepis prosty - kasza pęczak, banan pokrojony w plasterki i dowolne orzechy i suszone owoce np. sezam, żurawina, migdały, rodzynki itd., można dodać trochę płynnego słodzika np. syropu klonowego. Żeby nie było wątpliwości - wszystkie składniki mieszamy .... i już :)
I jeszcze w temacie kasz - tym razem jaglanka ugotowana na mleku sojowym z wodą (1:1) z płatkami kokosowymi i kilkoma daktylami pokrojonymi w kosteczkę, podana ze świeżymi owocami. Tak zwane śniadanie mistrzów!
Przesmaczna zupa, która dzięki Czterem Weganom i Psu, na stałe wejdzie do naszego domowego jadłospisu. Sycący i kremowo śmietankowy kapuśniak z ziemniakami i koperkiem. Proste i genialne zarazem.
I na koniec domowy, sycący i zdrowy obiad - ziemniaki pieczone w mundurkach. Sos pomidorowy z czerwoną soczewicą. Gotowana i przesmażona brukselka doprawiona na talerzu czarną solą.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Ciasto owsiano - czekoladowe prosto z Lidla
Bardzo lubię weganizować przepisy. Szach-mat wszystkożercy - można zrobić wasze ulubione potrawy bez jajek i mleka! Niedawno dostałam od przyjaciółki przepis do zweganizowania. Znalazła go na ulotce z Lidla, gdzie widniał jako "Przepis Mistrza Cukierników" czyli Pawła Małeckiego. Zareklamowała mi ciasto jako łatwe, szybkie i przepyszne....i takim też się okazało. Na dodatek w dużej części składa się z płatków owsianych, więc można mieć nadzieję, że jest choć trochę zdrowe :)
Składniki:
- 250 g płatków owsianych
- 2 i 3/4 szklanki mleka sojowego
- 100 g oleju (ja użyłam z pestek winogron)
- 220 g cukru trzcinowego
- 80 g mąki pszennej oczywiście najlepiej pełnoziarnistej
- 1 łyżka octu winnego
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 150 g posiekanych migdałów ( oczywiście mogą być tak jak w oryginalnym przepisie orzechy włoskie lub inne, które akurat macie)
- 1 tabliczka ciemnej czekolady
2 szklanki mleka podgrzewamy, zalewamy nim płatki owsiane i odstawiamy na kilkanaście minut. Do pozostałego mleka dodajemy ocet i również odstawiamy. W między czasie łączymy mąkę z sodą i proszkiem do pieczenia.
Gdy płatki są już napęczniałe dodajemy do nich cukier, zsiadłe mleko i olej i wszytsko dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy suche składniki i nadal mieszamy. Gdy ciasto ma już jednolitą konsystencję wrzucamy posiekane migdały i drobno posiekaną czekoladę i delikatnie łączymy z ciastem.
Wlewamy do formy i pieczemy w 190 st przez ok. 45 minut (do suchego patyczka).
Smacznego!
![]() |
| Zdjęcie nie najlepszej jakości z powodu późnej pory i jesienno-zimowych ciemności, ale bałam się, że do rana nie będzie już czego fotografować :) |
Składniki:
- 250 g płatków owsianych
- 2 i 3/4 szklanki mleka sojowego
- 100 g oleju (ja użyłam z pestek winogron)
- 220 g cukru trzcinowego
- 80 g mąki pszennej oczywiście najlepiej pełnoziarnistej
- 1 łyżka octu winnego
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 150 g posiekanych migdałów ( oczywiście mogą być tak jak w oryginalnym przepisie orzechy włoskie lub inne, które akurat macie)
- 1 tabliczka ciemnej czekolady
2 szklanki mleka podgrzewamy, zalewamy nim płatki owsiane i odstawiamy na kilkanaście minut. Do pozostałego mleka dodajemy ocet i również odstawiamy. W między czasie łączymy mąkę z sodą i proszkiem do pieczenia.
Gdy płatki są już napęczniałe dodajemy do nich cukier, zsiadłe mleko i olej i wszytsko dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy suche składniki i nadal mieszamy. Gdy ciasto ma już jednolitą konsystencję wrzucamy posiekane migdały i drobno posiekaną czekoladę i delikatnie łączymy z ciastem.
Wlewamy do formy i pieczemy w 190 st przez ok. 45 minut (do suchego patyczka).
Smacznego!
czwartek, 23 października 2014
Karmelowa kasza
Jeśli najdzie Was kiedyś nieodparta ochota na cos obłędnie słodkiego, proponuje pyszna karmelowa kaszę mannę. Nie mówię, że będzie zdrowo, ale z pewnością smacznie. Deser jest delikatny i lekki, wspaniale karmelowy i podnosi poziom cukru na tydzień. Dla równowagi smaków upiekłam biszkoptowe bałwanki, choć być może zdjęcie nie oddaje ich bałwankowatości. Są bardziej słone niż słodkie - jak dla mnie idealne do tej kaszy. Oczywiście zamiast bałwanków można zrobić muffinki lub po prostu biszkopt.
Kasza manna (składniki na 3 kokilki):
- 4 łyżki kaszy manny
- 1,5 kubka mleka sojowego (osobiście polecam niesłodzone - deser wyjdzie odrobinę mniej słodki, a tak samo karmelowy, ale na zwykłym też będzie pyszne :) )
- 0,5 kubka wody
- 0,5 kubka cukru
Kaszę wsypujemy do mleka i gotujemy ok. 10 minut często mieszając. Powinniśmy uzyskać konsystencję delikatnie płynna, jak gęsty budyń lub śmietana.
Do drugiego garnka wlewamy wodę i wsypujemy cukier, mieszamy i zaczynamy gotować. Ważne jest żeby cukier się rozpuścił całkowicie zanim zacznie wrzeć. Gdy już zacznie się gotować, przestajemy mieszać, ale nie odchodzimy za daleko, żeby uniknąć spalenia karmelu na czarno. Woda będzie odparowywać, wszystko nabierze konsystencji syropu i zacznie się palić. Gdy będziemy mieć piękny złoto-karmelowy odcień wlewamy nadal ciepłą kaszę i energicznie wszystko ze sobą łączymy. Po 2-3 minutach ściągamy garnek z palnika i przelewamy masę do foremek. Najlepiej smakuje gdy przestygnie do temperatury pokojowej, ale oczywiście można ją też zjeść ciepłą prosto z garnka :)
Ciastka biszkoptowe (składniki na 6 sztuk):
- 3/4 szklanki mąki (ja użyłam pszennej białej i pełnoziarnistej pół na pół)
- 0,5 szklanki mleka sojowego
- niepełna łyżka octu winnego
- łyżeczka soli
- 2 łyżki cukru
- 0,5 opakowania cukru waniliowego
Ocet wlewamy do mleka i odstawiamy na ok. 10 minut. Następnie łączymy wszystkie składniki i miksujemy, a następnie wlewamy do uprzednio przygotowanych foremek. Pieczemy w 180 st. przez ok. 10 minut (do suchego patyczka).
Kasza manna (składniki na 3 kokilki):
- 4 łyżki kaszy manny
- 1,5 kubka mleka sojowego (osobiście polecam niesłodzone - deser wyjdzie odrobinę mniej słodki, a tak samo karmelowy, ale na zwykłym też będzie pyszne :) )
- 0,5 kubka wody
- 0,5 kubka cukru
Kaszę wsypujemy do mleka i gotujemy ok. 10 minut często mieszając. Powinniśmy uzyskać konsystencję delikatnie płynna, jak gęsty budyń lub śmietana.
Do drugiego garnka wlewamy wodę i wsypujemy cukier, mieszamy i zaczynamy gotować. Ważne jest żeby cukier się rozpuścił całkowicie zanim zacznie wrzeć. Gdy już zacznie się gotować, przestajemy mieszać, ale nie odchodzimy za daleko, żeby uniknąć spalenia karmelu na czarno. Woda będzie odparowywać, wszystko nabierze konsystencji syropu i zacznie się palić. Gdy będziemy mieć piękny złoto-karmelowy odcień wlewamy nadal ciepłą kaszę i energicznie wszystko ze sobą łączymy. Po 2-3 minutach ściągamy garnek z palnika i przelewamy masę do foremek. Najlepiej smakuje gdy przestygnie do temperatury pokojowej, ale oczywiście można ją też zjeść ciepłą prosto z garnka :)
Ciastka biszkoptowe (składniki na 6 sztuk):
- 3/4 szklanki mąki (ja użyłam pszennej białej i pełnoziarnistej pół na pół)
- 0,5 szklanki mleka sojowego
- niepełna łyżka octu winnego
- łyżeczka soli
- 2 łyżki cukru
- 0,5 opakowania cukru waniliowego
Ocet wlewamy do mleka i odstawiamy na ok. 10 minut. Następnie łączymy wszystkie składniki i miksujemy, a następnie wlewamy do uprzednio przygotowanych foremek. Pieczemy w 180 st. przez ok. 10 minut (do suchego patyczka).
niedziela, 19 października 2014
Powrót - naleśniki i placki
Dla mnie gotowanie to radość w czystej postaci. Gdy siedzę w kuchni wkładam w przygotowywane danie całą siebie. Przez ostatni miesiąc pozmieniało się kilka spraw służbowych w moim życiu i nie miałam ani głowy ani serca do gotowania. Za dużo stresów żeby w spokoju wymyślać nowe smaki lub dopieszczać te już znane.
Udało mi się jednak wszystko w głowie poukładać, więc jestem. Wracam z nowymi siłami i pomysłami na kulinarne eksperymenty.
Co prawda na przełomie września i października nie szalałam w kuchni, ale oczywiście Mąż nie mógłby cały miesiąc chodzić głodny i kilka rzeczy udało się ugotować. Poniżej pomysły na proste dania, które mam nadzieję skradną Wasze podniebienie. Stawiałam na proste i nieskomplikowane jedzenie, ale czy takie właśnie nie jest czasem najlepsze?
Pomarańczowe tofu
Idealne nadzienie do naleśników - szczególnie dla tych, którzy kochali naleśniki z serem.
Kostkę tofu (ja użyłam 180 g kostki z Polsoi) blendujemy z sokiem wyciśniętym z jednej cytryny, sokiem z jednaj pomarańczy i 2-3 łyżkami cukru. I gotowe!
Kotlety z grochu
Przepis znalazłam kiedyś w książce "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy" państwa Szaciłło. Nie miałam jej jednak przy sobie, gdy postanowiłam je zrobić więc improwizowałam i wyszło pysznie.
Jedną szklankę grochu zalewamy dużą ilością wody i odstawiamy na noc. Następnie zlewamy wodę, groch wrzucamy do blendera, a razem z nim ok. pół szklanki wody, małą cebulkę, kilka gałązek pietruszki i trochę lubczyku i 2 ząbki czosnku. Wszystko blendujemy ja jednolitą masę, a następnie na patelni z rozgrzanym olejem pieczemy z niej cienkie placki. Pyszne z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi lub małosolnymi.
Udało mi się jednak wszystko w głowie poukładać, więc jestem. Wracam z nowymi siłami i pomysłami na kulinarne eksperymenty.
Co prawda na przełomie września i października nie szalałam w kuchni, ale oczywiście Mąż nie mógłby cały miesiąc chodzić głodny i kilka rzeczy udało się ugotować. Poniżej pomysły na proste dania, które mam nadzieję skradną Wasze podniebienie. Stawiałam na proste i nieskomplikowane jedzenie, ale czy takie właśnie nie jest czasem najlepsze?
Pomarańczowe tofu
Idealne nadzienie do naleśników - szczególnie dla tych, którzy kochali naleśniki z serem.
Kostkę tofu (ja użyłam 180 g kostki z Polsoi) blendujemy z sokiem wyciśniętym z jednej cytryny, sokiem z jednaj pomarańczy i 2-3 łyżkami cukru. I gotowe!
Kotlety z grochu
Przepis znalazłam kiedyś w książce "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy" państwa Szaciłło. Nie miałam jej jednak przy sobie, gdy postanowiłam je zrobić więc improwizowałam i wyszło pysznie.
Jedną szklankę grochu zalewamy dużą ilością wody i odstawiamy na noc. Następnie zlewamy wodę, groch wrzucamy do blendera, a razem z nim ok. pół szklanki wody, małą cebulkę, kilka gałązek pietruszki i trochę lubczyku i 2 ząbki czosnku. Wszystko blendujemy ja jednolitą masę, a następnie na patelni z rozgrzanym olejem pieczemy z niej cienkie placki. Pyszne z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi lub małosolnymi.
niedziela, 21 września 2014
Rocznicowa tarta z kremem waniliowym
Jakoś nam się udało i dotarliśmy z Mężem do kolejnej rocznicy ślubowania. Szczerze mówiąc sami nie obchodzimy ich jakoś szczególnie, bo każdy wspólny dzień świętem itp. bla bla bla :) Ale tym razem mieliśmy gości, więc powstało pyszne rocznicowe ciasto.
Podstawa to kruche ciasto według najprostszego, ale zarazem najlepszego przepisu jaki miałam okazję spróbować czyli 3-2-1: 300 g mąki, 200 g margaryny, 100 g cukru i w wersji przeze mnie zweganizowanej zamiast jajek - 2 łyżki mleka kokosowego.
Najbardziej cieszy mnie delikatny krem, gdyż udało mi się zrobić jaki o jakim marzyłam. Choć zrobiony na budyniach to nie ma ich konsystencji - wystarczająco gęsty żeby nie wylewać się z ciasta, ale nie aż tak żeby wymagał krojenia.
Ostatnia część to oczywiście owoce, których sobie nie żałujcie. Następnym razem użyłabym czegoś kwaśnego np. granata lub z porzeczek.
Krem waniliowy:
- 3 budynie waniliowe
- 720 ml mleka sojowego (niepełne 3 szklanki)
- 7 łyżek cukru
- puszka mleka kokosowego (jeśli użyjecie 2 łyżki do kruchego ciasta, o którym pisałam powyżej to reszta puszki bez problemu wystarczy)
- opakowanie cukru waniliowego
Budynie gotujemy tak jak zwykle tylko zmieniamy ilość mleka - 2 szklanki mleka zagotowujemy z cukrem, a 3 budynie mieszamy w pozostałej szklance mleka. Po zagotowaniu i zgęstnieniu odstawiamy żeby przestygło. Następnie kilka minut blendujemy lub miksujemy budyń z cukrem waniliowym oraz mlekiem kokosowym i krem gotowy :)
Podstawa to kruche ciasto według najprostszego, ale zarazem najlepszego przepisu jaki miałam okazję spróbować czyli 3-2-1: 300 g mąki, 200 g margaryny, 100 g cukru i w wersji przeze mnie zweganizowanej zamiast jajek - 2 łyżki mleka kokosowego.
Najbardziej cieszy mnie delikatny krem, gdyż udało mi się zrobić jaki o jakim marzyłam. Choć zrobiony na budyniach to nie ma ich konsystencji - wystarczająco gęsty żeby nie wylewać się z ciasta, ale nie aż tak żeby wymagał krojenia.
Ostatnia część to oczywiście owoce, których sobie nie żałujcie. Następnym razem użyłabym czegoś kwaśnego np. granata lub z porzeczek.
Krem waniliowy:
- 3 budynie waniliowe
- 720 ml mleka sojowego (niepełne 3 szklanki)
- 7 łyżek cukru
- puszka mleka kokosowego (jeśli użyjecie 2 łyżki do kruchego ciasta, o którym pisałam powyżej to reszta puszki bez problemu wystarczy)
- opakowanie cukru waniliowego
Budynie gotujemy tak jak zwykle tylko zmieniamy ilość mleka - 2 szklanki mleka zagotowujemy z cukrem, a 3 budynie mieszamy w pozostałej szklance mleka. Po zagotowaniu i zgęstnieniu odstawiamy żeby przestygło. Następnie kilka minut blendujemy lub miksujemy budyń z cukrem waniliowym oraz mlekiem kokosowym i krem gotowy :)
czwartek, 11 września 2014
Co wy tak właściwie jecie? #3
W ostatnim czasie odkryłam kilka nowych smaków. Moim numerem jeden, absolutnym objawieniem są burgery z buraka.
Przepisów na nie znajdziecie bez liku. Ja zrobiłam je z kaszą jaglaną i duża ilością pestek. Jest to chyba najlepsze wegańskie danie jakie miałam okazję próbować. Poprostu kosmos i brak słów :)
Z rzeczy mniej magicznych lecz również pysznych - grochówka z ziemniaczkami, marchewką i wędzonym tofu.
Cudowny czas taniej papryki nadszedł. Tutaj biała papryka nadziewana czerwoną soczewicą, ugotowaną razem ze startą marchewką i duszona w sosie pomidorowym.
Mijające lato to oczywiście czas na sałatki - ta powyżej to standard, który często u nas gości. W składzie wszytskie warzywa, które akurat mamy pod ręką i coś ekstra jak zielona soczewica, kasza czy makaron. W tym przypadku - papryki wszytskich kolorów, ogórek świeży i kiszony, pomidor, jarmuż i ugotowane różyczki brokuła. Sos z oliwy i octu balsamicznego.
Jestem fanką połączenia smaku słodkich owoców z ostrymi wyrazistymi dodatkami. Stąd też to moja chyba ulubiona letnia sałatka - arbuz, tofu czerwona cebula i mięta. Sos z octu winnego, oliwy, pieprzu i dość dużej ilości soli. Koniecznie trzeba ją zrobić kilka, a nawet kilkanaście godzin przez planowanym pałaszowaniem. Smaki muszą sie dobrze przegryźć!
I na koniec przykład jak nie karmić męża. Za to doskonały przykład na to jak karmić żonę. Zupa z jarmużu według przepisu Cocina De La Mamacita De Bożenka. Dla męża niezjadliwa, zjadł do końca tylko dlatego, że to jarmuż i że zdrowe. Według mnie pyszna o zaskakującym lekko serowym smaku.
Jeśli się na nią skusicie musicie jednak uważać, gdyż jarmuż eweidentnie wpływa na podświadomość. Zjadłam ją na kolację i śniło mi się, że Kamil Durczok przyjechał do mnie busem i przywiózł mi 100 kg jarmużu za 5 zł. :)
Tylko czekać kiedy jarmuż opanuje świat!
Przepisów na nie znajdziecie bez liku. Ja zrobiłam je z kaszą jaglaną i duża ilością pestek. Jest to chyba najlepsze wegańskie danie jakie miałam okazję próbować. Poprostu kosmos i brak słów :)
Z rzeczy mniej magicznych lecz również pysznych - grochówka z ziemniaczkami, marchewką i wędzonym tofu.
Cudowny czas taniej papryki nadszedł. Tutaj biała papryka nadziewana czerwoną soczewicą, ugotowaną razem ze startą marchewką i duszona w sosie pomidorowym.
Mijające lato to oczywiście czas na sałatki - ta powyżej to standard, który często u nas gości. W składzie wszytskie warzywa, które akurat mamy pod ręką i coś ekstra jak zielona soczewica, kasza czy makaron. W tym przypadku - papryki wszytskich kolorów, ogórek świeży i kiszony, pomidor, jarmuż i ugotowane różyczki brokuła. Sos z oliwy i octu balsamicznego.
Jestem fanką połączenia smaku słodkich owoców z ostrymi wyrazistymi dodatkami. Stąd też to moja chyba ulubiona letnia sałatka - arbuz, tofu czerwona cebula i mięta. Sos z octu winnego, oliwy, pieprzu i dość dużej ilości soli. Koniecznie trzeba ją zrobić kilka, a nawet kilkanaście godzin przez planowanym pałaszowaniem. Smaki muszą sie dobrze przegryźć!
I na koniec przykład jak nie karmić męża. Za to doskonały przykład na to jak karmić żonę. Zupa z jarmużu według przepisu Cocina De La Mamacita De Bożenka. Dla męża niezjadliwa, zjadł do końca tylko dlatego, że to jarmuż i że zdrowe. Według mnie pyszna o zaskakującym lekko serowym smaku.
Jeśli się na nią skusicie musicie jednak uważać, gdyż jarmuż eweidentnie wpływa na podświadomość. Zjadłam ją na kolację i śniło mi się, że Kamil Durczok przyjechał do mnie busem i przywiózł mi 100 kg jarmużu za 5 zł. :)
Tylko czekać kiedy jarmuż opanuje świat!
poniedziałek, 8 września 2014
Pasztet z rosołu
Czy też czasem nie wiecie co zrobić z włoszczyzną, która została Wam z niedzielnego lub nieniedzielnego rosołu? Oczywiście można iść po linii najmniejszego oporu, jak pewien kucharz na pewnym weselu - wrzucić na talerz i podać jako wegańską kolację (tak, zdarzyło mi się). Ale można też poświęcić 30 minut i cieszyć się pysznym, sycącym i zdrowym dodatkiem do kanapek. Wersja, którą zrobiłam tym razem jest wyjątkowo delikatna, gdyż robiona z myślą o dzieciach, ale Wy możecie podkręcać jego smak. Polecam dodanie czosnku i lubczyku lub zupełnie na ostro - papryczek chili.
Składniki:
-ugotowane warzywa (akurat miałam: 3 marchewki, 2 pietruszki, 1/4 selera - może ich być oczywiście troszkę mniej lub więcej i w różnych proporcjach, za każdym razem uzyskamy nieco inny smak)
- pół białej części pora
- pół szklanki kaszy jaglanej
- pół szklanki czerwonej soczewicy
- szklanka płatków jęczmiennych błyskawicznych (mogą też być otręby lub płatki owsiane, ale musimy je wtedy lekko zmielić, żeby nie były zbyt duże)
- łyżeczka gałki muszkatołowej
- łyżeczka czarnuszki
- łyżeczka suszonych liści kolendry
- łyżeczka cząbru
- sól
- olej
Dwie łyżki siemienia lnianego zalewamy pół szklanki ciepłej wody najlepiej w blenderze kielichowym i odstawiamy na ok. 10 minut. Po tym czasie miksujemy.
Pora drobno kroimy, wrzucamy na rozgrzany olej i po minucie dodajemy starte na tarce warzywa. Przesmażamy kilka minut.
Kaszę i soczewicę wrzucamy do garnka i zalewamy dwoma szklankami wody - gotujemy do miękkości.
Warzywa z patelni, kaszę z soczewicą, zmielone siemię lniane i płatki łączymy z przyprawami i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji (ma być jednolita, nie musi być gładka). Na koniec solimy do smaku.
Masę wkładamy do blaszki keksówki i opcjonalnie posypujemy pestkami słonecznika lub dyni. Pieczemy w 180 st. przez ok. 45 minut. Najlepszy z chrzanem i rzodkiewkami albo z ogórkami małosolnymi.
Składniki:
-ugotowane warzywa (akurat miałam: 3 marchewki, 2 pietruszki, 1/4 selera - może ich być oczywiście troszkę mniej lub więcej i w różnych proporcjach, za każdym razem uzyskamy nieco inny smak)
- pół białej części pora
- pół szklanki kaszy jaglanej
- pół szklanki czerwonej soczewicy
- szklanka płatków jęczmiennych błyskawicznych (mogą też być otręby lub płatki owsiane, ale musimy je wtedy lekko zmielić, żeby nie były zbyt duże)
- łyżeczka gałki muszkatołowej
- łyżeczka czarnuszki
- łyżeczka suszonych liści kolendry
- łyżeczka cząbru
- sól
- olej
Dwie łyżki siemienia lnianego zalewamy pół szklanki ciepłej wody najlepiej w blenderze kielichowym i odstawiamy na ok. 10 minut. Po tym czasie miksujemy.
Pora drobno kroimy, wrzucamy na rozgrzany olej i po minucie dodajemy starte na tarce warzywa. Przesmażamy kilka minut.
Kaszę i soczewicę wrzucamy do garnka i zalewamy dwoma szklankami wody - gotujemy do miękkości.
Warzywa z patelni, kaszę z soczewicą, zmielone siemię lniane i płatki łączymy z przyprawami i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji (ma być jednolita, nie musi być gładka). Na koniec solimy do smaku.
Masę wkładamy do blaszki keksówki i opcjonalnie posypujemy pestkami słonecznika lub dyni. Pieczemy w 180 st. przez ok. 45 minut. Najlepszy z chrzanem i rzodkiewkami albo z ogórkami małosolnymi.
sobota, 30 sierpnia 2014
Ciastka ze śliwkami
Jak mówi przysłowie - kto ma dobrego sąsiada ma zawsze dobry ranek.
Dzięki moim sąsiadom, mój poranek zaczął się świetnie i pachnie wspaniale. Są bowiem tak mili, że raz na jakiś czas obdarowują nas warzywami i owocami, których akurat mają w nadmiarze. A że rękę do ogrodnictwa mają o niebo lepszą niż my, to jest nam czego zazdrościć. Tym razem padło na śliwki i od rana szukałam jakiegoś nowego sposobu na ich wykorzystanie, była już bowiem w tym sezonie i tarta i drożdżowe z migdałową kruszonką.
Znalazłam, zweganizowałam i zaniemówiłam, bo to chyba najlepszy sposób na śliwki jaki miałam do tej pory możliwość spróbować.
Składniki (zainspirowane przepisem z bloga Daktyle w czekoladzie)
- 300 g tofu
- 300 g mąki
- sok z jednej cytryny
- 125 ml oleju
- pół szklanki cukru (opcjonalnie - w przepisie źródłowym cukru nie było, ja jednak nie jestem miłośniczką śliwek w wytrawnym cieście, więc go dodałam)
Do robota lub do miski wrzucamy pokruszone tofu, wlewamy olej, sos z cytryny i cukier i miksujemy na gładką masę. Następnie dodajemy mąkę i wyrabiamy (siłą robota lub swoją własną), aż składniki się połączą. Ciasto jest bardzo miękkie i elastyczne. Rozwałkowujemy je, wycinamy koła. Na jednej połówce kładziemy połówkę śliwki (lub nawet dwie połówki jeśli wielkość śliwki na to pozwala), przykrywamy drugą połówką i delikatnie dociskamy. Z proporcji w przypisie otrzymamy ok. 20 ciastek. Pieczemy je w temp. 180 przez ok. 20 min. - muszą się zrobić rumiane. Smacznego!
Dzięki moim sąsiadom, mój poranek zaczął się świetnie i pachnie wspaniale. Są bowiem tak mili, że raz na jakiś czas obdarowują nas warzywami i owocami, których akurat mają w nadmiarze. A że rękę do ogrodnictwa mają o niebo lepszą niż my, to jest nam czego zazdrościć. Tym razem padło na śliwki i od rana szukałam jakiegoś nowego sposobu na ich wykorzystanie, była już bowiem w tym sezonie i tarta i drożdżowe z migdałową kruszonką.
Znalazłam, zweganizowałam i zaniemówiłam, bo to chyba najlepszy sposób na śliwki jaki miałam do tej pory możliwość spróbować.
Składniki (zainspirowane przepisem z bloga Daktyle w czekoladzie)
- 300 g tofu
- 300 g mąki
- sok z jednej cytryny
- 125 ml oleju
- pół szklanki cukru (opcjonalnie - w przepisie źródłowym cukru nie było, ja jednak nie jestem miłośniczką śliwek w wytrawnym cieście, więc go dodałam)
Do robota lub do miski wrzucamy pokruszone tofu, wlewamy olej, sos z cytryny i cukier i miksujemy na gładką masę. Następnie dodajemy mąkę i wyrabiamy (siłą robota lub swoją własną), aż składniki się połączą. Ciasto jest bardzo miękkie i elastyczne. Rozwałkowujemy je, wycinamy koła. Na jednej połówce kładziemy połówkę śliwki (lub nawet dwie połówki jeśli wielkość śliwki na to pozwala), przykrywamy drugą połówką i delikatnie dociskamy. Z proporcji w przypisie otrzymamy ok. 20 ciastek. Pieczemy je w temp. 180 przez ok. 20 min. - muszą się zrobić rumiane. Smacznego!
czwartek, 28 sierpnia 2014
Warzywo-nie-do-zjedzenia
Zapewne każdy z Was ma coś takiego. Moim warzywem nie do zjedzenia od zawsze była brukselka. Nigdy wprawdzie nie próbowałam, ale byłam pewna, że właśnie tak smakuje szmata do podłogi...gdyby oczywiście ktoś odważył się ją ugotować. Może to wina tego jak się ją przygotowuje na przedszkolno-szkolonych stołówkach - można je tam głównie znaleźć rozgotowane w zupie jarzynowej.
Jakiś czas temu postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę i była to dobra decyzja. Kolejny mit dzieciństwa obalony - brukselka nie jest zła!
Składniki:
300 g brukselki
300 g kabaczka
pół cebuli
4 łyżeczki musztardy
2 ząbki czosnku
olej
sól
cukier
Z brukselki usuwamy 1-2 wierzchnie liście i odcinamy "nóżkę". Gotujemy je w wodzie z dodatkiem soli i łyżeczką cukru. Cukier jest ważny, bo inaczej brukselka może być gorzka.
Gotujemy tylko kilka minut, tak żeby jej nie rozgotować. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Większe kroimy na połówki, mniejsze kapustki możemy zostawić w całości i wszytski wrzucamy patelnię i smażymy, aż do lekkiego zarumienienia.
W tym czasie na drugą patelnię wrzucamy pokrojoną cebulę i czekamy aż się zeszkli, a następnie dodajemy pokrojonego w kostkę kabaczka (kabaczka obieramy ze skóry. Jeśli jest młody i nieduży możemy go zostawić w całości, jeśli pestki są już duże usuwamy je). Do pół szklanki wody wodajemy musztardę i wyciśnięty czosnek. Po kilku minutach zalewamy tą miksutrą kabaczka i dusimy, aż kabaczek zmięknie. Delikatnie do blendujemy - tak żeby konsystencja nie była zupełnie gładka i wrzucamy przesmażone kapustki. Solimy według uznania.
U nas do tego młode ziemniaki z parowaru z koperkiem i kukurydza - nasze ukochane jesienne warzywo :)
Jakiś czas temu postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę i była to dobra decyzja. Kolejny mit dzieciństwa obalony - brukselka nie jest zła!
Składniki:
300 g brukselki
300 g kabaczka
pół cebuli
4 łyżeczki musztardy
2 ząbki czosnku
olej
sól
cukier
Z brukselki usuwamy 1-2 wierzchnie liście i odcinamy "nóżkę". Gotujemy je w wodzie z dodatkiem soli i łyżeczką cukru. Cukier jest ważny, bo inaczej brukselka może być gorzka.
Gotujemy tylko kilka minut, tak żeby jej nie rozgotować. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Większe kroimy na połówki, mniejsze kapustki możemy zostawić w całości i wszytski wrzucamy patelnię i smażymy, aż do lekkiego zarumienienia.
W tym czasie na drugą patelnię wrzucamy pokrojoną cebulę i czekamy aż się zeszkli, a następnie dodajemy pokrojonego w kostkę kabaczka (kabaczka obieramy ze skóry. Jeśli jest młody i nieduży możemy go zostawić w całości, jeśli pestki są już duże usuwamy je). Do pół szklanki wody wodajemy musztardę i wyciśnięty czosnek. Po kilku minutach zalewamy tą miksutrą kabaczka i dusimy, aż kabaczek zmięknie. Delikatnie do blendujemy - tak żeby konsystencja nie była zupełnie gładka i wrzucamy przesmażone kapustki. Solimy według uznania.
U nas do tego młode ziemniaki z parowaru z koperkiem i kukurydza - nasze ukochane jesienne warzywo :)
sobota, 23 sierpnia 2014
Pomysł na sobotni wieczór
Nie macie pomysłu na sobotni wieczór?? Poniżej propozycja, która zapewni Wam zajęcie na dziś i smakołyki na jutro - ciasto z kaszy jaglanej z czekoladowym sosem. Jak to bywa z takimi ciastami musimy na nie poczekać - kroić można zacząć po kilku godzinach, ale następnego dnia będzie jeszcze lepsze.
Składniki:
ciasto:
- szklanka kaszy jaglanej
- 2,5 szklanki wody
- 3/4 szklanki cukru trzcinowego
- aromat migdałowy
- puszka mleka kokosowego
- 3/4 szklanki mąki kukurydzianej
spód ciasta:
- 100 g sezamu
- 100 g mąki pełnoziarnistej
- 4 łyżki cukru trzcinowego
- 8 łyżek oleju
sos czekoladowy:
- 1 szklanka mleka sojowego
- 6 kostek gorzkiej czekolady
- 8 suszonych daktyli
Kaszę wrzucamy na sito i płuczemy ciepłą wodą. Następnie gotujemy, aż wchłonie całą wodę. Gdy lekko przestygnie, blendujemy kaszę z pozostałymi składnikami na ciasto. Pamiętajcie, żeby mleko kokosowe najlepiej użyć schłodzone i wykorzystać tylko jego bialą sztywną część.
Sezam mielimy na mączkę. Łączymy z cukrem, mąką i olejem i powstałą masą wypełniamy dno małej blaszki lub tortownicy. Podpiekamy ok. 5 minut w piekarniku rozgrzanym do 170 st.
Gdy spód jest podpieczony wlewamy na niego masę z kaszy, podkręcamy temperaturę w piekarniku do 180-190 i pieczemy ok. 1 godziny.
W między czasie możemy przygotować sos, choć jest on bardzo szybki, więc można go zrobić w ostatniech chwili przed podaniem ciasta.
Do rondelka wlewamy mleko, wrzucamy kostki czekolady i daktyle i gotujemy kilka minut często mieszając. Daktyle powinny się rozpaść i wtedy wlewamy sos do blendera i miksujemy, aż do uzyskania sosu bez daktylowych grudek. Potem przelewamy z powrotem do rondelka i gotujemy jeszcze minutę, tak żeby lekko zgęstniał.
Smacznej niedzieli :)
Składniki:
ciasto:
- szklanka kaszy jaglanej
- 2,5 szklanki wody
- 3/4 szklanki cukru trzcinowego
- aromat migdałowy
- puszka mleka kokosowego
- 3/4 szklanki mąki kukurydzianej
spód ciasta:
- 100 g sezamu
- 100 g mąki pełnoziarnistej
- 4 łyżki cukru trzcinowego
- 8 łyżek oleju
sos czekoladowy:
- 1 szklanka mleka sojowego
- 6 kostek gorzkiej czekolady
- 8 suszonych daktyli
Kaszę wrzucamy na sito i płuczemy ciepłą wodą. Następnie gotujemy, aż wchłonie całą wodę. Gdy lekko przestygnie, blendujemy kaszę z pozostałymi składnikami na ciasto. Pamiętajcie, żeby mleko kokosowe najlepiej użyć schłodzone i wykorzystać tylko jego bialą sztywną część.
Sezam mielimy na mączkę. Łączymy z cukrem, mąką i olejem i powstałą masą wypełniamy dno małej blaszki lub tortownicy. Podpiekamy ok. 5 minut w piekarniku rozgrzanym do 170 st.
Gdy spód jest podpieczony wlewamy na niego masę z kaszy, podkręcamy temperaturę w piekarniku do 180-190 i pieczemy ok. 1 godziny.
W między czasie możemy przygotować sos, choć jest on bardzo szybki, więc można go zrobić w ostatniech chwili przed podaniem ciasta.
Do rondelka wlewamy mleko, wrzucamy kostki czekolady i daktyle i gotujemy kilka minut często mieszając. Daktyle powinny się rozpaść i wtedy wlewamy sos do blendera i miksujemy, aż do uzyskania sosu bez daktylowych grudek. Potem przelewamy z powrotem do rondelka i gotujemy jeszcze minutę, tak żeby lekko zgęstniał.
Smacznej niedzieli :)
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Smaczne skutki długiego weekendu
Bardzo udany długi weeknd zakończyłam całodniowym siedzeniem w kuchni. Oczywiście ta okoliczność jedynie podniosła doskonałość ostatnich trzech dni, szczególnie jeśli spojrzeć na jej efekty: eksperymentalny i bardzo udany obiad, pyszne ciasto i kilkanaście słoików przetworów na zimę. Ale po kolei.
Kocham biszkopt. Odkąd jestem weganką nie jedłam zbyt wielu, a te które zrobiłam zwykle wychodziły zbyt wilgotne i ciężkie. Na szczęście zajrzałam na blog Jadłonomii, gdzie w przepastnym archiwum znalazłam ten oto przepis. Ciasto jest proste do zrobienia i mam wrażenie, że nie może się nie udać. Wkońcu mam idelną podstawę do robienia tortów.
Ja zrobiłam sam biszkopt i przełożyłam go ubitym mlekiem kokosowym, winogronami i plasterkami bananów.
Drugie danie to była absolutna improwizacja z efektem więcej niż zadowalającym.
Składniki:
- 7 średnich ziemniaków
- 4 płaty glonów nori
- otręby żytnie lub zarodki pszenne
- sos sojowy
- bułka tarta
- olej do smażenia
Ziemniaki obieramy i gotujemy, rozcieramy na puree. Glony rwiemy na kawałki i dodajemy do ciepłych ziemniaków - dzięki temu namokną i będą łatwiejsze do blendowania. Po przestygnięciu rozcieramy w robocie kuchennym lub blenujemy na jednolitą masę, choć jeśli częśc glonów zostanie w kawałkach też nic się nie stanie. dodajemy 2 lyżki sosu sojowego i otręby, aż do uzyskania konsystencji, z której będziemy mogli ulepić koteciki. Uformowane kotelty panierujemy w bułce tartej i smażymy. Ja podałam z duszoną włoską kapustą, prosto z maminej grządki :)
Nic jednak nie kosztowało mnie tyle energii i czasu co przetwarzanie lata.
W słoikach znajdziemy (od lewej):
- ogórki małosolne - ogórki, gałązkę kopru, 2 ząbki czosnku i kawałek chrzanu wkładamy do słoika i zalewamy gorącą słoną wodą (1 łyżka soli na litr wody). Po trzech dniach gotowe do podgryzania.
- leczo - robię leczo na zimę co rok, bo to jedna z lepszych rzeczy jaka może nam zostać po lecie. Użyłam papryki czerwonej i żółtej, cukinie, kabaczki, pomidory, pieczarki i cebulę. Wszystko doprawione ostrą poapryczką i czosnkiem. Gdy leczo jest gotowe poprostu nakładamy do słoików i pasteryzujemy.
- sałatka z papryki, pieczerek i cebuli w zalewie z keczupem. To stanowczo najlepsza sałatka na zimę jaką jadłam. W sieci można znaleźć na nią różne przepisy - ja polecam ten.
- sałatka szwedzka - to ulubiona sałtak Męża. Przygotowuję ją w najprostszy możliwy sposób: obrane i poszaktowane ogórki (6 kg) wrzucam do miski razem z pokrojoną cebulą (0,5 kg). Dodaję płaską łyżkę soli, łyżkę pieprzu, 0,4 l octu, 250 g cukru, wszytsko mieszam i odstawiam na czetry godziny. Po tym czasie ładuję do słoików, powstałą zalewę rozlewam po równo do każdego słoika i pasteryzuję. Z tych proporcji otrzymacie ok. 12 słoików półlitrowych.
Na początku września przyjdzie czas na owoce.
Na koniec najważniejsze pytanie na dziś: czy byliście już w Lidlu?? :)
Kocham biszkopt. Odkąd jestem weganką nie jedłam zbyt wielu, a te które zrobiłam zwykle wychodziły zbyt wilgotne i ciężkie. Na szczęście zajrzałam na blog Jadłonomii, gdzie w przepastnym archiwum znalazłam ten oto przepis. Ciasto jest proste do zrobienia i mam wrażenie, że nie może się nie udać. Wkońcu mam idelną podstawę do robienia tortów.
Ja zrobiłam sam biszkopt i przełożyłam go ubitym mlekiem kokosowym, winogronami i plasterkami bananów.
Drugie danie to była absolutna improwizacja z efektem więcej niż zadowalającym.
Składniki:
- 7 średnich ziemniaków
- 4 płaty glonów nori
- otręby żytnie lub zarodki pszenne
- sos sojowy
- bułka tarta
- olej do smażenia
Ziemniaki obieramy i gotujemy, rozcieramy na puree. Glony rwiemy na kawałki i dodajemy do ciepłych ziemniaków - dzięki temu namokną i będą łatwiejsze do blendowania. Po przestygnięciu rozcieramy w robocie kuchennym lub blenujemy na jednolitą masę, choć jeśli częśc glonów zostanie w kawałkach też nic się nie stanie. dodajemy 2 lyżki sosu sojowego i otręby, aż do uzyskania konsystencji, z której będziemy mogli ulepić koteciki. Uformowane kotelty panierujemy w bułce tartej i smażymy. Ja podałam z duszoną włoską kapustą, prosto z maminej grządki :)
Nic jednak nie kosztowało mnie tyle energii i czasu co przetwarzanie lata.
W słoikach znajdziemy (od lewej):
- ogórki małosolne - ogórki, gałązkę kopru, 2 ząbki czosnku i kawałek chrzanu wkładamy do słoika i zalewamy gorącą słoną wodą (1 łyżka soli na litr wody). Po trzech dniach gotowe do podgryzania.
- leczo - robię leczo na zimę co rok, bo to jedna z lepszych rzeczy jaka może nam zostać po lecie. Użyłam papryki czerwonej i żółtej, cukinie, kabaczki, pomidory, pieczarki i cebulę. Wszystko doprawione ostrą poapryczką i czosnkiem. Gdy leczo jest gotowe poprostu nakładamy do słoików i pasteryzujemy.
- sałatka z papryki, pieczerek i cebuli w zalewie z keczupem. To stanowczo najlepsza sałatka na zimę jaką jadłam. W sieci można znaleźć na nią różne przepisy - ja polecam ten.
- sałatka szwedzka - to ulubiona sałtak Męża. Przygotowuję ją w najprostszy możliwy sposób: obrane i poszaktowane ogórki (6 kg) wrzucam do miski razem z pokrojoną cebulą (0,5 kg). Dodaję płaską łyżkę soli, łyżkę pieprzu, 0,4 l octu, 250 g cukru, wszytsko mieszam i odstawiam na czetry godziny. Po tym czasie ładuję do słoików, powstałą zalewę rozlewam po równo do każdego słoika i pasteryzuję. Z tych proporcji otrzymacie ok. 12 słoików półlitrowych.
Na początku września przyjdzie czas na owoce.
Na koniec najważniejsze pytanie na dziś: czy byliście już w Lidlu?? :)
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Ekspresowy letni obiad
Każdy weganin i wegetarianin z pewnością pamięte różne, często skrajne reakcje rodziny w odpowiedzi na ich decyzję o zmianie diety. Moja mama należała do grupy tych mam martwiących się. Gdy przestałam jeść mięso w pełni to popierała, jednak kiedy kilka lat później przechodziłam na weganizm, obawiała się o moje zdrowie. Na szczęście po jakimś czasie przekonała się, że nic mi nie będzie i teraz jej jedynym problemem jest gotowanie dla nas. Oczywiście jest to problem wydumany - zwykle panikuje, że nie wie co ugotować, po czym robi przepyszne dania, a wegańskich zupach osiągnęła absolutne mistrzostwo świata.
Dzisiejszy pomysł na obiad to właśnie przepis mojej mamy. Danie jest idealne na letnie upały - lekkie z delikatnym posmakiem cytryny.
Składniki:
- makaron np. tagliatelle
- dwie małe lub jedna większa cukinia
- chili
- 1 cytryna
- oliwa z oliwek
- sól
Cukienię ścieramy na tarce, solimy i zostawiamy na sicie 10-15 minut. Jeeśli tylko cukinia jest młoda i ma miękką skórkę to jej nie obieramy. Jeśli jest już wyrośnięta i ma w środku pestki, usuwamy je przed ścieraniem.
W tym czasie gotujemy makaron, zgodnie z instrukcją na opakowaniu :)
Po kwadransie odciskamy cukienię i wrzucamy ją na patelnię z rozgrzaną oliwą. Dorzucamy startą skrókę z jednej cytryny i chili,(moja mam tym razem użyła sproszkowanego, ale może też być w płatkach lub świeże, drobno skrojone). Cukinię przesmażamy kilka minut, po czym dodajemy ugotowany makaron. Jeśli jest taka potrzeba, możemy jeszcze dodatkowo posolić. Przed podaniem posypujemy posiekanymi orzeszkami.
Dzisiejszy pomysł na obiad to właśnie przepis mojej mamy. Danie jest idealne na letnie upały - lekkie z delikatnym posmakiem cytryny.
Składniki:
- makaron np. tagliatelle
- dwie małe lub jedna większa cukinia
- chili
- 1 cytryna
- oliwa z oliwek
- sól
Cukienię ścieramy na tarce, solimy i zostawiamy na sicie 10-15 minut. Jeeśli tylko cukinia jest młoda i ma miękką skórkę to jej nie obieramy. Jeśli jest już wyrośnięta i ma w środku pestki, usuwamy je przed ścieraniem.
W tym czasie gotujemy makaron, zgodnie z instrukcją na opakowaniu :)
Po kwadransie odciskamy cukienię i wrzucamy ją na patelnię z rozgrzaną oliwą. Dorzucamy startą skrókę z jednej cytryny i chili,(moja mam tym razem użyła sproszkowanego, ale może też być w płatkach lub świeże, drobno skrojone). Cukinię przesmażamy kilka minut, po czym dodajemy ugotowany makaron. Jeśli jest taka potrzeba, możemy jeszcze dodatkowo posolić. Przed podaniem posypujemy posiekanymi orzeszkami.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Idealne na burze - ciasto czekoladowo-bananowe z kremem kokosowym
Wszystko zaczęło się od kilku nieco sfatygowanych bananów, które zostały zapomniane w zalewie letnich owoców. Miał powstać szybki chlebek bananowy z orzechami, do schrupania do porannej kawy. Jednak między zaplanowaniem a wykonaniem doszło do totalnej zmiany pogody. Zrobiło się ciemno i rozszalała się totalna burza. Uwielbiam burze, ale zupełnie zmieniła mój nastrój i pojawiły się zachcianki na zagrzebanie się w fotelu z książką i słodkim, kremowym ciastem. W ten sposób powstało czekolodowo-bananowe ciasto z kokosowym kremem.
Składniki na ciasto (zainspirowane przepisem z bloga Bake&Taste, bo wg tego przepisu chciałam robić chlebek bananowy)
- 200 g daktyli
- 3 banany
- 2,5 szklanki mąki pełnoziarnistej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki kakao
- 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
- 120 ml oleju
- opcjonalnie cukier lub inny słodzik
Składniki na krem:
- 280 ml mleka sojowego
- 1 łyżka cukru trzcinowego
- 70 g wiórków kokosowych
- 25 g oleju kokosowego (używam go w stanie schłodzonym, były to ok. 4 łyżki)
- 2 łyżki mąki kukurydzianej
Daktyle zalewamy wodą tak, żeby były ledwie zakryte i gotujemy, często mieszając - daktyle powinny się rozpaść, woda odparować i otrzymamy konsystencję konfitur. Wrzucamy masę do robota, dodajemy banany i miksujemy na dość gładką masę (oczywiście można to też zrobić ręcznym blenderem). Następnie dodajemy stopniowo mąkę, proszek do pieczenia, kakao i olej i mieszamy lub miksujemy do idealnego połączenia składników. Czekoladę ścieramy na tarce lub kroimy bardzo drobno i dodajemy na koniec do masy. Próbujemy i ewentualnie dosładzamy, choć wątpięczy czy będzie to potrzebne. Pamiętajcie, że dodamy do tego dość słodki krem, więc lepiej nie przesadzić ze słodkością ciasta.
Wylewamy masę na małą tortownicę i pieczemy ok. 50 min w 180 st.
Pora na krem - mleko wlewamy do rondelka, dodajemy wiórki i cukier i gotujemy kilka minut. Następnie dodajemy olej kokosowy i mąkę kukurydzianą i szybką rozprowadzamy ją trzepaczką, tak żeby nie powstały grudki. Możemy też najpierw rozprowadzić mąkę w odrobinie mleka i dopiero taką mieszankę dodać do gotujących się wiórków. Ja dodatkowo na koniec wrzuciłam wszytsko do blendera kielichowego i zmiksowałam, bo chciałam uzyskać gładszą masę, ale taka z wyczuwalnymi grudkami też będzie pyszna.
Ciasto po upieczeniu zostawiamy, aż przestygnie, a następnie przekrajamy na dwie części. Trzeba się tu uzbroić w cierpliwość, ciasto jest mokre i ciężkie i trzeba kroić je i rozdzielać pomału, żeby nie uelgło zniszczeniu. Jeśli jednak udało się to mnie, a nie jestem mistrzynią gracji, z pewnością uda się to każdemu z Was :) Przekrojone ciasto smarujemy masą i zostawiamy w lodowce do schłodzenia. Jest to oczywiście tylko teoria, bo jak widać na zdjęciu poniżej, u nas pół ciasta zniknęło zaraz po nałożeniu kremu - Mąż uznał, że jest przepyszne. I tak powinnam się cieszyć, że cokolwiek się na zdjęcie załapało :)
niedziela, 3 sierpnia 2014
Moje odkrycie wegańskiej wodzionki czyli SieJe Vege w Bielsku
Jak chyba wszyscy weganie cieszymy się jak dzieci, gdy w miejskich dżunglach powstają nowe miejsca, w których można zjeść coś wegańskiego. Do dziś wspominamy nasz jednodniowy wypad do Wrocławia, który spędziliśmy na wielkim obżarstwie, który w porównaniu z Katowicami jest rajem. Pierwszy raz trafiliśmy do miejsc, które były w 100% wegańskie.
Tym bardziej cieszy mnie fakt, że coraz więcej jest takich miejsc w moim rodzinnym Bielsku. Od dłuższego czasu działą tam też stołówka SieJe Vege, do której przy okazji urlopu, w końcu miałam okazję zajrzeć. Nie było dane mi wcześniej, gdyż miejsce jest otwarte tylko od poniedziałku do piątku. Na miejscu znajdziemy kilka stolików, możemy też zamówić obiad z dowozem do domu (zapisy telefoniczne zaczynają się na kilka godzin przed otwarcie lokalu). Wnętrze niestety nie zachęca - wiem, że to tylko stołówka, ale jest pomalowana na wyjątkowo nieprzyjemny szpitalny odcień zieloności
Dla głodnego weganina nie jest to jednak sprawa najważniejsza. W menu mamy 3 stałe pozycje - falefel w picie, jadło drwala i samosy. Dodatkowo codziennie serwowany jest inny dwudaniowy obiad (wielkim plusem jest to, że menu obiadowe na cały tydzień możemy z wyprzedzeniem sprawdzić na stronie). Bardzo brakowało nam w menu czegoś słodkiego - kawałek wegańskiego ciasta na deser byłby idealnym podsumowaniem obiadu. Ceny bardzo zachęcające: zupa 3 zł, drugie danie 10 zł, zestaw zupa+danie 12 zł.
Pierwszego dnia spróbowaliśmy samos i zupę dnia.
Zupą była śląska wodzionka - nigdy nie jadłam oryginału, więc nie mam porównania, ale wersja wegańska była przepyszna. Nie lubię mokrego chleba, więc miałam obawy, jednak razowiec był zupełnie rozdrobniony, zupa miała delikatną konsystencję i ciekawy czosnkowy smak. Już zamierzam się do ugotowania jej w domu - jeśli mi się uda oczywiście podzielę się przepisem :)
Samosy niestety dostałam zmrożone w środku, ale bez problemu otrzymałam nową porcję. Z czystym sumieniem je polecam, nadzienie dobrze doprawione, ciasto dobre i pięknie przyrumienione.
Drugiego dnia powiększyłam ekipę degustatorów, żeby móc spróbować wszystkich pozycji w menu :) I tu spotkał mnie wielki zawód. Z trzech stałych pozycji dwie były niedostępne - jadło drwala z powodu młodych ziemniaków nie nadających się jakoby na placki, falafele z bliżej nieznanego powodu.
Zadowoliliśmy się więc głównym daniem. Zupa nazwana kremem z groszku okazała się grochówką. Wiem, że nie nazwano jej kremem z zielonego groszku, ale przyjęliśmy to jako pewnik, więc byliśmy mocno zaskoczeni.
Na drugie danie podano pieczeń z czerwonej soczewicy z suszoną śliwką z sosem curry podane z kaszą (choć w opisie była mowa o ryżu) i sałatkami.
Oba dania smaczne, choć niewystarczająco wyraziste w smaku i jak na mój gust odrobinę niedosolone.
Podsumowując polecam SieJe Vege wszystkim, którzy mają ochotę porządny, domowy obiad. Ja sama z chęcią jeszcze tam zajrzę. Mam nadzieję, że w międzyczasie właściciele pomyślą o bardziej przytulnej kolorystyce wnętrza i bez problemu będzie można spróbować wszystkich dań.
Tym bardziej cieszy mnie fakt, że coraz więcej jest takich miejsc w moim rodzinnym Bielsku. Od dłuższego czasu działą tam też stołówka SieJe Vege, do której przy okazji urlopu, w końcu miałam okazję zajrzeć. Nie było dane mi wcześniej, gdyż miejsce jest otwarte tylko od poniedziałku do piątku. Na miejscu znajdziemy kilka stolików, możemy też zamówić obiad z dowozem do domu (zapisy telefoniczne zaczynają się na kilka godzin przed otwarcie lokalu). Wnętrze niestety nie zachęca - wiem, że to tylko stołówka, ale jest pomalowana na wyjątkowo nieprzyjemny szpitalny odcień zieloności
Dla głodnego weganina nie jest to jednak sprawa najważniejsza. W menu mamy 3 stałe pozycje - falefel w picie, jadło drwala i samosy. Dodatkowo codziennie serwowany jest inny dwudaniowy obiad (wielkim plusem jest to, że menu obiadowe na cały tydzień możemy z wyprzedzeniem sprawdzić na stronie). Bardzo brakowało nam w menu czegoś słodkiego - kawałek wegańskiego ciasta na deser byłby idealnym podsumowaniem obiadu. Ceny bardzo zachęcające: zupa 3 zł, drugie danie 10 zł, zestaw zupa+danie 12 zł.
Pierwszego dnia spróbowaliśmy samos i zupę dnia.
Zupą była śląska wodzionka - nigdy nie jadłam oryginału, więc nie mam porównania, ale wersja wegańska była przepyszna. Nie lubię mokrego chleba, więc miałam obawy, jednak razowiec był zupełnie rozdrobniony, zupa miała delikatną konsystencję i ciekawy czosnkowy smak. Już zamierzam się do ugotowania jej w domu - jeśli mi się uda oczywiście podzielę się przepisem :)
Zadowoliliśmy się więc głównym daniem. Zupa nazwana kremem z groszku okazała się grochówką. Wiem, że nie nazwano jej kremem z zielonego groszku, ale przyjęliśmy to jako pewnik, więc byliśmy mocno zaskoczeni.
Podsumowując polecam SieJe Vege wszystkim, którzy mają ochotę porządny, domowy obiad. Ja sama z chęcią jeszcze tam zajrzę. Mam nadzieję, że w międzyczasie właściciele pomyślą o bardziej przytulnej kolorystyce wnętrza i bez problemu będzie można spróbować wszystkich dań.
niedziela, 27 lipca 2014
Co wy tak właściwie jecie? #2
Lato w pełni, stragany uginają się od smakołyków, weganie w raju. Czasem aż ciężko się zdecydować, więc lodówka pęka w szwach :)
Klasyka na niedzielne śniadanie - tofucznica z papryką, cebulą i szczypiorem.
Zupa krem ze wszystkich warzyw jakie się nawinęły: marchewka, pietruszka, seler, kalafior, por i kapusta włoska.
Obiad u mamy - faszerowane pieczarki, kalafior i moje ulubione letnie warzywo czyli zielona fasolka szparagowa.
Bakłażan z sosie z pomidorów. Na ostro i bardzo aromatycznie.
Zupa z kalafiora i kalarepki. Cudownie zielony kalafior zawdzięcza liściom kalarepy, które dodajemy pod koniec gotowania. Zjadamy z uprażonymi pestkami dyni.
To zupełnie wyjątkowy obiad, bo kabaczki są z mojej własnej grządki! :) w środku kasza jaglana gotowana w bulionie z papryką wszystkich kolorów i dużą ilością czosnku. Doskonałe ze słodkim sosem pomidorowym.
Klasyka na niedzielne śniadanie - tofucznica z papryką, cebulą i szczypiorem.
Zupa krem ze wszystkich warzyw jakie się nawinęły: marchewka, pietruszka, seler, kalafior, por i kapusta włoska.
Obiad u mamy - faszerowane pieczarki, kalafior i moje ulubione letnie warzywo czyli zielona fasolka szparagowa.
Bakłażan z sosie z pomidorów. Na ostro i bardzo aromatycznie.
Zupa z kalafiora i kalarepki. Cudownie zielony kalafior zawdzięcza liściom kalarepy, które dodajemy pod koniec gotowania. Zjadamy z uprażonymi pestkami dyni.
To zupełnie wyjątkowy obiad, bo kabaczki są z mojej własnej grządki! :) w środku kasza jaglana gotowana w bulionie z papryką wszystkich kolorów i dużą ilością czosnku. Doskonałe ze słodkim sosem pomidorowym.
środa, 23 lipca 2014
Zupa ze świeżych ogórków
Ogórki za grosze - nic tylko kupować i zjadać. Oprócz oczywistych pyszności jak mizeria czy ogórki małosolne proponuję zupę. Jest lekka, a dodatek zielonej soczewicy sprawia, że również pożywna. Ma też inną zaletę - wspaniale pachnie, nadając całej kuchni ogórkowo - koperkowego aromatu.
Składniki:
1,5 litra bulionu (oczywiście najlepiej ugotować samemu, ja z braku czasu użyłam wegańskich kostek rosołowych. Trochę się pocieszam tym, że były bez żadnych sztucznych poprawiaczy smaku, bio i wogóle :) )
2 nieduże ziemniaki
4 łyżki zielonej soczewicy
2,5 szt. sporych zielonych ogórków szklarniowych (oczywiście może też być adekwatna ilość tych gruntowych)
pół niedużego pęczka koperku
sól
sos sojowy (opcjonalnie)
Do bulionu wrzucamy pokrojone w kostkę ziemniaki i soczewicę i gotujemy do miękkości (ok. 25 min). Dwa ogórki ścieramy na tarce, a połówkę kroimy w kostkę (można oczywiście wszystko zetrzeć na tarce, to takie moje małe widzimisię) i wrzucamy do zupy. Gotujemy ok. 15 minut i pod koniec dorzucamy posiekany koperek. Próbujemy i w razie konieczności doprawiamy solą. Ja dodałam jeszcze 1,5 łyżki sosu sojowego.
Smacznego!
Składniki:
1,5 litra bulionu (oczywiście najlepiej ugotować samemu, ja z braku czasu użyłam wegańskich kostek rosołowych. Trochę się pocieszam tym, że były bez żadnych sztucznych poprawiaczy smaku, bio i wogóle :) )
2 nieduże ziemniaki
4 łyżki zielonej soczewicy
2,5 szt. sporych zielonych ogórków szklarniowych (oczywiście może też być adekwatna ilość tych gruntowych)
pół niedużego pęczka koperku
sól
sos sojowy (opcjonalnie)
Do bulionu wrzucamy pokrojone w kostkę ziemniaki i soczewicę i gotujemy do miękkości (ok. 25 min). Dwa ogórki ścieramy na tarce, a połówkę kroimy w kostkę (można oczywiście wszystko zetrzeć na tarce, to takie moje małe widzimisię) i wrzucamy do zupy. Gotujemy ok. 15 minut i pod koniec dorzucamy posiekany koperek. Próbujemy i w razie konieczności doprawiamy solą. Ja dodałam jeszcze 1,5 łyżki sosu sojowego.
Smacznego!
niedziela, 20 lipca 2014
Tofurnik
W związku z wielką promocją w Biedronce ilość tofu w naszej lodówce wzrosła dramatycznie, a nie ma lepszego sposobu na tofu niż słodki, waniliowy tofurnik z aromatem pomarańczy. Ciasto doskonale nadaje się do przekonywania nieprzekonanych do weganizmu, którzy boją się utraty swoich ukochanych smakołyków - 99,99% z nich nie odróżni go od sernika. Wiem, że temperatura nie sprzyja włączaniu piekarnika, ale czymże byłaby niedziela bez domowego ciasta!
Składniki (na dużą tortownicę):
- 4 kostki tofu Polsoja (180 g)
- pół szklanki mleka sojowego
- pół szklanki oleju
- 3/4 - 1 szklanki cukru
- 2 budynie waniliowe
- ok. 180 ml soku z cytryny
- aromat pomarańczowy (możecie oczywiście wybrać inny - świetnie smakuje też z migdałowym)
- 150 g herbatników
- 3-4 łyżki wegańskiej margaryny
Całe ciasto przygotowuję w robocie kuchennym. Z pewnością sprawdzi się też blender kielichowy, zwykły blender, a jeszcze lepiej maszynka do mielenia. Ważne żeby uzyskać odpowiedni efekt - gładką i jednolitą masę.
Do misy wrzucamy pokruszone tofu i zaczynamy blendować, stopniowo dodając wszystkie składniki z wyjątkiem herbatników i margaryny. Ilość cukru zależy od Waszych upodobań co do poziomu słodkości i kwaśności ciasta. Masę blendujemy, aż osiągnie idealnie gładką konsystencję.
Herbatniki (ja użyłam pełnoziarnistych ciasteczek pomarańczowych, które niedawno wyłowiłam w Biedronce, ale nadają się każde inne herbatniki) rozdrabniamy np. w blenderze kielichowym lub wkładamy je do woreczka i rozbijamy tłuczkiem lub wałkiem do ciasta. Powstałą "mączkę" łączymy z margaryną i wypełniamy tym ciastem spód tortownicy, którą wcześniej wykładamy papierem do pieczenia. Na spód wylewamy masę z tofu. Pieczemy 60-90 minut w piekarniku rozgrzanym do 190 st. C, aż do zrumienienia góry ciasta.
Tofurnik ma jedną wielką wadę - krojeniem i próbowaniem trzeba poczekać, aż wystygnie :)
Składniki (na dużą tortownicę):
- 4 kostki tofu Polsoja (180 g)
- pół szklanki mleka sojowego
- pół szklanki oleju
- 3/4 - 1 szklanki cukru
- 2 budynie waniliowe
- ok. 180 ml soku z cytryny
- aromat pomarańczowy (możecie oczywiście wybrać inny - świetnie smakuje też z migdałowym)
- 150 g herbatników
- 3-4 łyżki wegańskiej margaryny
Całe ciasto przygotowuję w robocie kuchennym. Z pewnością sprawdzi się też blender kielichowy, zwykły blender, a jeszcze lepiej maszynka do mielenia. Ważne żeby uzyskać odpowiedni efekt - gładką i jednolitą masę.
Do misy wrzucamy pokruszone tofu i zaczynamy blendować, stopniowo dodając wszystkie składniki z wyjątkiem herbatników i margaryny. Ilość cukru zależy od Waszych upodobań co do poziomu słodkości i kwaśności ciasta. Masę blendujemy, aż osiągnie idealnie gładką konsystencję.
Herbatniki (ja użyłam pełnoziarnistych ciasteczek pomarańczowych, które niedawno wyłowiłam w Biedronce, ale nadają się każde inne herbatniki) rozdrabniamy np. w blenderze kielichowym lub wkładamy je do woreczka i rozbijamy tłuczkiem lub wałkiem do ciasta. Powstałą "mączkę" łączymy z margaryną i wypełniamy tym ciastem spód tortownicy, którą wcześniej wykładamy papierem do pieczenia. Na spód wylewamy masę z tofu. Pieczemy 60-90 minut w piekarniku rozgrzanym do 190 st. C, aż do zrumienienia góry ciasta.
Tofurnik ma jedną wielką wadę - krojeniem i próbowaniem trzeba poczekać, aż wystygnie :)
czwartek, 17 lipca 2014
Weganie w Tatrach
Chwilę mnie nie było, urlop pochłonął mnie bez reszty. Po całym dniu łażenia po górach i miastach marzyłam już tylko o gorącym prysznicu i łóżku. Trzeba się namęczyć, żeby zmęczyć dwa haszczaki :) Wybraliśmy się w słowackie Tatry, ponieważ w Polsce nie można wchodzić z psami do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Oczywiście wybraliśmy Tatry Niskie, żeby psy nie miały kłopotów - nie ma tam ani drabinek, ani łańcuchów. Było pięknie, choć nie zawsze słonecznie. Psy zadowolone ogromnie. My zmęczeni i wypoczęci zarazem.
Wróćmy jednak do spraw najważniejszych - nie jest to przecież blog o podróżach :)
Słowacka tradycyjna kuchnia nie jest zbyt łaskawa dla wegan. Króluje mięso i sery, więc nie jest łatwo zjeść coś na mieście. Naszym głównym miastem wypadowym był Liptovski Mikulasz. Byliśmy też w Rużomberoku i stanowczo polecam ten pierwszy. Możemy tam znaleźć azjatycką restaurację, a w niej kilka propozycji wegańskich za 3 €. My spróbowaliśmy tofu po seczuańsku i tofu z grzybami. Oba dania pyszne, podawane z ryżem i odrobiną paskudnej surówki. Niech surówka jednak Was nie zniechęca - dla samego dania warto tam zajrzeć.
Na jednym z głównych deptaków znajduje się Burger Bar, który ma w swojej ofercie burgery z tofu, który nie załapał się na zdjęcie. Całkiem smaczne, tylko przy zamówieniu trzeba zaznaczać, że nie chcecie sosu tatarskiego - dają to do wszystkiego, a niestety nie jest wegański (w sklepach typu tesco można jednak znaleźć jego sojową wersję, którą bardzo polecam).
Dużo lepiej ma się sprawa kupowania jedzenia w sklepach. Była już pozytywnie nastawiona do nich po wielu opowieściach o Słowacji na blogu icantbeliveitsvegan (to chyba mój ulubiony wegański blog, pierwszy, z którego korzystałam przy przejściu na weganizm). W wielu najzwyklejszych spożywczakach w małych wioskach można znaleźć tofu czy mleko sojowe w proszku, a przedewszystkim pasy do chleba (kosztują ok. 0,85 €). Smaki wypróbowaliśmy chyba wszystkie i właściwie nie polecam jedynie brokułowej, która smakuje ... przepraszam wrażliwców za to niezbyt delikatne porównanie ... smakuje jakby ją już ktoś wcześniej zjadł. Bardzo za to polecam pastę gazdowską, francuską i meksykańską. W Tesco zaopatrzyłam się w kotelty sojowe różnych kształtów - wypróbowałam na miejscu kostki i mam wrażenie, że mają dużo lepszą konsystencję od tych dostępnych u nas. Znalazłam też mleko owocowe z Alpro, które uwielbiam, ale niestety nie mogę go u nas dostać (czy zostało wycofane?), a w drogerii DM, oprócz wegańskich kometyków z Alverde, znalazłam falafele w proszku - oczywiście zawsze lepiej zrobić świeże, ale lubię mieć takie rzeczy na wszelki wypadek, na szybką kolację. Bez problemu kupiłam też sojowe i ryżowe desery w smakach owocowych, czekoladowym i waniliowym.
Warto spróbować też oryginalnych czesko-słowackich napojów. Przedewszystkim Kofola, która smakuje jak cola tylko z ziołowym posmakiem. Można ją dostać w wielu wersjach najlpesza jest chyba czereśniowa. Są też wody smakowe - na codzień ich nie pijam, ale tutaj są w oryginalnych smakach kasztana, rumianku i kwiatów tymianku, więc musiałam spróbować. Są o wiele lepsze od tych typowych owocowych, ale oczywiście tak samo załadowane chemią i cukrem.
Słowacja piękna, góry wspaniałe. Pamiętajcie tylko żeby mieć dostęp do kuchenki, żeby móc coś zjeść :)
Wróćmy jednak do spraw najważniejszych - nie jest to przecież blog o podróżach :)
Słowacka tradycyjna kuchnia nie jest zbyt łaskawa dla wegan. Króluje mięso i sery, więc nie jest łatwo zjeść coś na mieście. Naszym głównym miastem wypadowym był Liptovski Mikulasz. Byliśmy też w Rużomberoku i stanowczo polecam ten pierwszy. Możemy tam znaleźć azjatycką restaurację, a w niej kilka propozycji wegańskich za 3 €. My spróbowaliśmy tofu po seczuańsku i tofu z grzybami. Oba dania pyszne, podawane z ryżem i odrobiną paskudnej surówki. Niech surówka jednak Was nie zniechęca - dla samego dania warto tam zajrzeć.

Na jednym z głównych deptaków znajduje się Burger Bar, który ma w swojej ofercie burgery z tofu, który nie załapał się na zdjęcie. Całkiem smaczne, tylko przy zamówieniu trzeba zaznaczać, że nie chcecie sosu tatarskiego - dają to do wszystkiego, a niestety nie jest wegański (w sklepach typu tesco można jednak znaleźć jego sojową wersję, którą bardzo polecam).
Dużo lepiej ma się sprawa kupowania jedzenia w sklepach. Była już pozytywnie nastawiona do nich po wielu opowieściach o Słowacji na blogu icantbeliveitsvegan (to chyba mój ulubiony wegański blog, pierwszy, z którego korzystałam przy przejściu na weganizm). W wielu najzwyklejszych spożywczakach w małych wioskach można znaleźć tofu czy mleko sojowe w proszku, a przedewszystkim pasy do chleba (kosztują ok. 0,85 €). Smaki wypróbowaliśmy chyba wszystkie i właściwie nie polecam jedynie brokułowej, która smakuje ... przepraszam wrażliwców za to niezbyt delikatne porównanie ... smakuje jakby ją już ktoś wcześniej zjadł. Bardzo za to polecam pastę gazdowską, francuską i meksykańską. W Tesco zaopatrzyłam się w kotelty sojowe różnych kształtów - wypróbowałam na miejscu kostki i mam wrażenie, że mają dużo lepszą konsystencję od tych dostępnych u nas. Znalazłam też mleko owocowe z Alpro, które uwielbiam, ale niestety nie mogę go u nas dostać (czy zostało wycofane?), a w drogerii DM, oprócz wegańskich kometyków z Alverde, znalazłam falafele w proszku - oczywiście zawsze lepiej zrobić świeże, ale lubię mieć takie rzeczy na wszelki wypadek, na szybką kolację. Bez problemu kupiłam też sojowe i ryżowe desery w smakach owocowych, czekoladowym i waniliowym.
Warto spróbować też oryginalnych czesko-słowackich napojów. Przedewszystkim Kofola, która smakuje jak cola tylko z ziołowym posmakiem. Można ją dostać w wielu wersjach najlpesza jest chyba czereśniowa. Są też wody smakowe - na codzień ich nie pijam, ale tutaj są w oryginalnych smakach kasztana, rumianku i kwiatów tymianku, więc musiałam spróbować. Są o wiele lepsze od tych typowych owocowych, ale oczywiście tak samo załadowane chemią i cukrem.
Słowacja piękna, góry wspaniałe. Pamiętajcie tylko żeby mieć dostęp do kuchenki, żeby móc coś zjeść :)
piątek, 4 lipca 2014
Tydzień z Małymi Ludźmi #5 i #6
Ostatnie dwa dni mijają nam na nieustającej zabawie w rozjazdach, więc kuchnia stoi pusta i smutna. Ma to jednak też ogromne plusy - dziewczyny padają jak muchy zanim dotrą do domu. Zapewne wszyscy rodzice dobrze jednak wiedzą, że trzeba się porządnie namęczyć, żeby tak zmęczyć dzieci, więc po chwili my też padamy.
Udało nam się zjeść jedno pyszne śniadanie, śniadanie mistrzów, śniadanie godne królów - pancakesy z truskawkowym koktajlem. Po wypróbowaniu wielu trzymam się tego przepisu - jest amerykański i zakładam, że oni najlepiej wiedzą jak zrobić dobre pancakesy :) Dziewczęta zadowolone, choć nie obyło się bez narzekania na brak syropu klonowego, który oczywiście polecam do tego zestawu.
Udało nam się zjeść jedno pyszne śniadanie, śniadanie mistrzów, śniadanie godne królów - pancakesy z truskawkowym koktajlem. Po wypróbowaniu wielu trzymam się tego przepisu - jest amerykański i zakładam, że oni najlepiej wiedzą jak zrobić dobre pancakesy :) Dziewczęta zadowolone, choć nie obyło się bez narzekania na brak syropu klonowego, który oczywiście polecam do tego zestawu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































